Czy warto brać internet w Orange?
Dziś wyjątkowo wpis marudząco-pouczający. Nim ktoś pomyśli, że to jakiś post sponsorowany odpowiadam od razu — nie. Bazując przede wszystkim na własnych doświadczeniach, które za chwilę tu przytoczę, ale też na zasłyszanych opiniach stwierdzam, że w ogóle nie chcę mieć już do czynienia z tą firmą.
Dlaczego nie warto brać internetu w Orange?
Aby nie przedłużać, pominę niezgodności z tym, co mają w ofercie na stronie a tym, co w salonie. Dodam tylko, że do salonu w ogóle nie opłaca się iść, bo nie słuchają klienta, tylko wciskają to, co jest dla nich opłacalne. Biznes to biznes a klient, który potrzebuje internetu na już, bo właśnie się przeprowadził i będzie pracował zdalnie to klient, którego można naciągnąć. Można więc trochę pościemniać klientowi.
Przymknijmy jednak na razie na to oko. Mieliśmy światłowód w Katowicach i nie zapowiadało się aż tak źle. Nie było wiadomo, jak długo tu będziemy, ale firma cudownie nas zapewnia, że przeprowadzka z Orange to żaden problem. No i tu zaczyna się największa zabawa.
Przeprowadzka z Orange.
Zmieniliśmy miejsce zamieszkania na takie, w którym z tej firmy nie ma światłowodu. Może jakby był, nie byłoby problemu, ale po wszystkim, co przeszliśmy z partnerem, czuję, że znalazłyby się inne ;).
Zerwanie umowy wiąże się z zapłatą kary równoważnej wszystkim opłatom do końca umowy. Można jednak ją przedłużyć na zwykły internet kablowy. Według tego, co nam wyjaśnili, płacilibyśmy tak samo. Opcja nie wydawała się taka zła. Przemęczymy się z takim internetem, a potem zmiana u lokalnego dostawcy na światłowód.
Przyszedł technik zakładać internet. Nie bardzo miał się jak podpiąć. Poszedł jeszcze sprawdzić, uprzedzając nas, że w razie czego będzie potrzebował zgody spółdzielni. Nawet nam to na rękę, bo może udałby się wymigać od tej umowy. Niestety bez ostrzeżenia wziął się do roboty. Podpiął nam kabel w dziwny sposób pod schodami i na ścianie w korytarzu.
Zmiana rodzaju internetu wiązała się z podpisaniem drugiej umowy na dużej. No i oczywiście się wkopaliśmy, bo rachunki przyszły dwa. Za internet w Katowicach i w nowym miejscu zamieszkania. Zgłoszenia przekierowywane były do kolejnych osób. Nikt nic nie wie, każdy się wymiguje. Komunikacja w tej firmie jest straszna, o czym przekonaliśmy się jeszcze wiele razy
Niecały rok później malowanie klatki schodowej. Spółdzielnia czepia się kabla. Załatwiamy kogoś, kto nam to zamontuje inaczej. Nim przechodzi klatka już pomalowana. Teraz nie ma sensu kabla tykać, bo wyglądać będzie jeszcze gorzej...
Życie z Orange
Internetu co jakiś czas nie było albo kiepsko działał. Wezwanie techników wiązało się z "bądź cały czas w domu, bo przyjadą, kiedy chcą, ale numeru telefonu ci nie dadzą". Było to "małe" utrudnienie przy pracy zdalnej.
Rozwiązywanie umowy
Upłynął czas pierwszej umowy z Katowic. Ruter został zwrócony rok temu, od razu, kiedy się przeprowadzaliśmy. A tu upomnienie, że mamy go oddać teraz. W salonie, w którym został zwrócony, zapewniają nas, że gdybyśmy oddali to dostalibyśmy potwierdzenie. Nie dostaliśmy żadnego potwierdzenia...
Sprawa z ruterem na szczęście została wyjaśniona (lepiej czasem napisać do Orange niż dzwonić). Faktycznie potwierdzenie nie zostało wydane. Ile się nerwowo najedliśmy, że jeszcze nam każą płacić za niego kare — to nasze.
Dostaliśmy do podpisu rozwiązanie umowy. Babka w salonie w szoku, że chcemy dokładnie przeczytać całość i rzuca się, że tam nic nie ma! No tak, podpisujcie najlepiej bez czytania...
Oczywiście po rozwiązaniu umowy nieustanny spam telefoniczny. Czy na pewno nie chcemy przedłużyć umowy tam, gdzie nas nie ma i płacić dalej za internet, z którego nikt nie korzysta i dlaczego nie? :)
Gdybyśmy wiedzieli, jak to się wszystko skończy, rozwiązalibyśmy umowę od razu.
Zapłacili karę (którą w sumie za ten rok na raty i tak jakby płaciliśmy) i wzięli sobie światłowód od kogoś innego. A tak użeramy się do tej pory. Na szczęście już po niższej cenie. Z mojej strony Orange serdecznie nie polecam.
I tak półżartem

Komentarze
Prześlij komentarz